wtorek, 4 sierpnia 2020

Rozdział 53 - Bliźniak

Hej Kociaki! :) Dzień zupełnie przeciętny ale minął sympatycznie, w dobrym nastroju. Cieszę się bo puki co trzymam dietę i znowu zmobilizowałam się żeby wyjść na rower. I pyk - 30 kilometrów zrobione. Miłe zakończenie dnia, można się odstresować, zmęczyć, dotlenić i pomyśleć.
Taka mnie właśnie naszła rozkmina: ile sprzeczności jest w stanie pomieścić w sobie jeden człowiek. W tej kwestii wciąż nie przestaję siebie zadziwiać. Wydaje mi się, że moja osobowość jest dużo więcej niż podwójna. Mam kilka wcieleń (może masek) i w zależności od otoczenia zmieniam je jak rękawiczki. Mimo to nigdy nie udaję, zawsze jestem sobą. Mam sporo cech, które pozornie się wykluczają a jednak obie dobrze mnie opisują. Na przykład jestem: empatyczna i obojętna, wyrozumiała i pamiętliwa, wrażliwa i gruboskórna, wytrzymała i niekonsekwentna, wycofana i zbyt pewna siebie, refleksyjna i twardo stąpająca po ziemi, i tak dalej i tak dalej... Generalnie mam sporą samoświadomość ale chwilami nie wiem jaka tak naprawdę jestem i która z tych przeciwstawnych stron dominuje. A może nie ma czym się martwić i traktować to jako pewien rodzaj elastyczności?Czy też coś takiego odczuwacie, może to całkiem normalne... Dajcie znać ;)

Bilans:
6.00 pół awokado (100 kcal)
16.00 zupa warzywna, buraczek, maliny (250 kcal)
+ 2 czarne kawy, 1,5l wody, zioła
Suma: 350 kalorii

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Rozdział 52 - Troska zamiast nienawiści

No witam piękne panie! Co za paskudny dzień.. Chyba biometr niekorzystny. W pracy mega sennie, do tego ledwo wysiedziałam na tyłku po wczorajszym rowerze. Ale nie poddaję się. Mam w planie włączyć te przejażdżki w plan treningowy. Tak właśnie, nie przewidziałyście się - plan treningowy. Otóż dojrzałam do powrotu do aktywności fizycznej. Zmotywowała mnie moja kuzynka (panna idealna o której pisałam w Rozdziale 14). Właśnie obejrzałam sobie nasze wspólne zdjęcia z rodzinnego wyjazdu sprzed tygodnia. Zdjęcia, gdzie obie jesteśmy w bikini. Ona ma sześciopak na brzuch a ja warstwę tłuszczu. To boli. Ale obie na to zapracowałyśmy. Ja cały dzień siedzę, ona ma pracę w ruchu a po niej robi jeszcze trening.
Powiem wam, że w końcu chcę się o siebie zatroszczyć a nie tylko schudnąć. Chcę wykluczyć cukier bo mam w rodzinie wysokie ryzyko cukrzycy i wiem, że cały mój organizm się odwdzięczy jeśli nie będę go truła. Poza tym mam zamiar bardziej pilnować picia. Od dziś będę to notować w bilansie. 1,5 litra czystej wody to absolutne minimum. Do tego wracam do parzenia ziół. Skrzyp, pokrzywa, krwawnik, jaśmin, piołun, mięta, rumianek itp. Zbieram je, suszę, robię mieszankę i... odstawiam na półkę, ciągle zapominam żeby je pić a wiem, że to genialny sposób na detoks i zastrzyk antyoksydantów, minerałów i witamin.
Tak więc:

  • ruch
  • jak najmniej cukru (również tego ukrytego np w chlebie)
  • dużo wody
  • zioła

Myślę, że na dobry początek wystarczy. Każdy z tych punktów wspomaga odchudzanie ale i piękno, dobrą kondycję ciała a w konsekwencji ducha. Czuję, że zamiast walczyć z ciałem czas o nie czule zadbać.

Bilans:
6.00 - pół szklanki zielonego koktajlu (sałata, nać pietruszki, seler naciowy) 30 kcal
16.30 ziemniak, buraczki, ogórki, potrawka z cukinii 170 kcal
+ pomidorki koktajlowe 30 kcal, 1,5l wody, 2 czarne kawy, zioła
Suma: 230 kalorii

niedziela, 2 sierpnia 2020

Rozdział 51 - Zmień swoje życie w poniedziałek!

Och.. moje drogie. Sporo się wydarzyło od ostatniej notki. W skrócie: zaliczyłam wypad nad jezioro i do lasu, prawie otworzyłam własną restaurację (już miałam wstępną rozmowę o kredyt, nawet nie pytajcie), domówka z PolandRock (czytaj zerżnięcie się w trupa i w piątek do pracy na giga kacu), w sobotę ogarnęłam mieszkanie i ogród na błysk, a dziś wreszcie wyciągnęłam rower i zrobiłam sobie spontaniczną 30-sto kilometrową wycieczkę. Takie tam... Wiecie jak to jest.
Co do diety, nie jest dobrze. Po poniedziałkowo-wtorkowym napadzie wciąż zostało 61,3 kilo. Przez cały tydzień nie liczyłam kalorii i jadłam co chciałam. Złych informacji ciąg dalszy: trochę mam wygilane na obecną wagę. Żartuję, wiadomo, że nigdy nie mam. Po prostu motywacja leży i mówi, że w tej pozycji jej wygodnie. 
A wiecie co jest najgorsze? Że w sierpień nie weszłam na pełnej.. Dla mnie każdy miesiąc to nowa szansa. (Serio?) Ale pocieszam się tym, że jutro jest pierwszy poniedziałek nowego miesiąca! Czy to nie cudowna okazja, żeby od JUTRA zmienić swoje życie! Sorry dziewczynki, jestem troszkę na cukrowym haju i tak mnie z lekka ponosi.. ;) No w każdym razie na nadchodzący tydzień zaplanowałam sobie dietę warzywno-owocową. Czyli jak sama nazwa wskazuje będę jeść tylko... warzywa i owoce! Z tej okazji zjadam wszystko co mam pysznego w domu, żeby nie kusiło. 😈 (stąd ten haj) No błagam, niech pierwsza rzuci kamień ta, która nigdy nie odchrzaniła takiej maniany. Także nowy tydzień - nowa ja! Wiadomo. 
I na koniec, niedzielne ogłoszenie parafialne: Laureatem nagrody anty-motywator lipca 2020 zostaje - JA. Werdykt komisji w składzie: JA - jednogłośny ;)

wtorek, 28 lipca 2020

Rozdział 50 - Słabo

Jestem wściekła. Zawaliłam cały poniedziałek. Weszło jakieś 2500 kalorii, same słodycze. Rany, jakie to żałosne. Przytyłam 1,5 kilo czyli teraz jest 61,7. Porażka. Dziś i jutro mam wolne od pracy, chciałam ruszyć w plener ale dzisiejszy dzień cały zmarnowałam, czuję się jakbym była w ciąży... mam tak potworną niestrawność, brzuch jak piłka, spuchnięta twarz.. Nie mam ochoty nigdzie wychodzić, nawet nie mam siły się ruszać. Jestem żałosna. Odezwę się jak już będę ogarnięta. Oby wcześniej niż później.

niedziela, 26 lipca 2020

Rozdział 49 - Nie taki diabeł straszny

Hej kochane! Padam na twarz, niedawno wróciłam do domku. Weekendowy zjazd rodzinny udał się nadzwyczaj fantastycznie. W czwartek nie dodałam notki bo miałam urwanie głowy z przygotowaniami, z kolei piątek, sobota byłam odcięta od neta (i bardzo dobrze). Naprawdę wypoczęłam. Las, jezioro, wieczorki z kartami, tańcem, śpiewem, opowieściami... duuużo śmiechu, genialne alkohole, no i pyszne jedzonko. Dziś niedziela, dzień ważenia, na wagę stanęłam dopiero teraz i jest 60,2 czyli dokładnie tyle co tydzień temu. Szczerze, nawet mnie to nie zdenerwowało, przeciwnie - jestem zadowolona bo za mną trzy dni dosłownej uczty, tyle żarcia jak na święta, nie dało się nie jeść, więc fakt, że nie przytyłam i nie zawaliłam mnie zadowala (żadnego objadania się, jadłam wszystko ale malutko). Powiem wam jeszcze na koniec, że morał jaki wyniosłam z tego wyjazdu jest taki: 1) ludzie się zmieniają - chodzi o ciotkę, która była jędzą, wymagającą "damą" której się wszystko należy i która wszystkimi chciała dyrygować a teraz to inny człowiek, chyba ją wręcz polubiłam. 2) Czasem dobrze nie myśleć o diecie.
Jutro się zważę i nadrobię zaległości na waszych blogach. Bilansów z ostatnich 4 dni nie mam, no trudno. ;P Liczy się to jak się czuję a sumienie mam czyste. Kończę, mam nadzieję że u Was okey, trzymajcie się, do jutra kruszynki :*

środa, 22 lipca 2020

Rozdział 48 - Czasem jest magicznie

W moim domu pachnie miętą. Dni płyną mi zielono. Pełnia lata, środek życia. Aura tak bajecznie nierzeczywista. Kosmiczny splot okoliczności. Przejrzystość powietrza, temperatura, światło, senny śpiew ptaków, różowe obłoki i zapach mięty. Czasem jest magicznie.

Bilans:
16.00 - ramen z makaronem, sorbet malinowo-porzeczkowy
+ 2 czarne kawy, zioła
.Suma: 450 kalorii

wtorek, 21 lipca 2020

Rozdział 47 - Przepis na szczęście

Czy istnieje uniwersalna recepta na szczęście? Czasem myślę, że tak bo w głębi wszyscy jesteśmy tacy sami, czasem jednak obstawiam że nie, bo nasze potrzeby i oczekiwania są różne. Jakby nie było chciałam podzielić się z wami moim pięcioma składnikami szczęścia:
     Odstawienie social-mediów. Zauważyłam jak negatywnie działa na mnie ta sztuczna, nadmuchana przestrzeń pozerstwa i lansu. Mam na to realną alergię. Odkąd przestałam śledzić konta ludzi "sukcesu", tych idealnych, z wielkiego świata, z życiem jak z bajki, czuję dużo mniej presji by równać do tych wątpliwych wzorów. Nie chcę brać udział w tej maskaradzie, gdzie każdy wie, jak naprawdę jest po drugiej stronie lustra, ale wszyscy udają głupich.
     Kontakt z naturą. To dla mnie szalenie istotna kwestia. Gdy jestem w lesie, nad morzem, w górach lub gdziekolwiek na łonie natury, czuję że jestem na miejscu, że wszystko jest w porządku, to takie ustawienie do pionu, naładowanie pierwotną energią i odzyskanie harmonii. Wystarczy być i czuć a życie samo zaczyna się układać.
     Wyzbycie się przerośniętych ambicji, odcięcie od oczekiwań innych. Propaganda sukcesu wbija nas w koleiny rozbuchanych ambicji. Musisz mieć dobre wykształcenie, prestiżową pracę, oczywiście znaleźć męża no i później wiadomo: dziecko, dom na kredyt, wakacje za granicą, weekendowe spotkania z przyjaciółmi. Jeśli tego wszystkiego nie masz - coś jest nie tak. Nie, nie jest. Życie może wyglądać zupełnie inaczej. Polecam pracę nad wyzbyciem się ego, patrzenie na siebie jako na część wszechświata, równoważny element wszystkiego co istnieje a nie wybitną jednostkę, która musi jakoś zaistnieć. Nic nie musisz, możesz wszystko - ale wybierz to, co czyni Ciebie naprawdę szczęśliwą.
     Świat duchowy. Głęboko wierzę w Boga i ten punkt powinien znaleźć się na pierwszym miejscu. Miałam w życiu różne okresy w których byłam bliżej i dalej Boga i przekonałam się, że dzieło odłączone od Stwórcy nie może być szczęśliwe. Żyłam po swojemu i odkryłam, że to droga donikąd, nic wartościowego, chwila przyjemności a za nią ciemna pustka. Wiem, że mówienie o swojej wierze jest mało popularne i dziś patrzy się na to z politowaniem. Tylko zapewniam, że ludziom wierzącym żyje się naprawdę lżej a samo życie nabiera sensu niezależnie od tego jak ci się układa.
     Docenianie tego co się ma. Świat jest napędzany przez konsumpcjonizm. Musimy mieć więcej i więcej, żeby nie odstawać i nie zostać całkiem z tyłu. Ile cieszy nowa rzecz? Jeśli to coś naprawdę wielkiego to miesiąc, może dwa.. Później powszednieje i patrzymy maślanymi oczami już na kolejny obiekt pożądania. To tak puste i żałosne, że aż smutne. Każdy się na to nabiera, mniej lub bardziej świadomie. Rzeczy materialne mogą ułatwić życie ale na pewno nie dadzą trwałego szczęścia, co najwyżej jego ulotny miraż. Warto natomiast doceniać to, co już mamy. Ja doceniam to, że mam rodzinę, zdrowie, mam gdzie mieszkać, w co się ubrać, mam autko, pracę która daje mi niezależność, mam kilka talentów, kilka cech które w sobie lubię, mam wodę w kranie, dostęp do wiedzy, możliwości rozwoju. Mam wszystko co niezbędne i duuużo więcej.
A co wam daje szczęście? Jeśli tylko macie ochotę piszcie :)

Bilans:
15.30 - łyżka kaszy jęczmiennej, jajko sadzone, młoda kapusta, fasolka, sałatka z ogórka i pomidora
+ 2 czarne kawy, zioła 
Suma: około 300 kalorii